
Koło wielkiej czarnej kuchni wisiała półka. Matka ją nazywała Babciną Biblioteką, bo najwyraźniej myśl, że posiada bibliotekę, sprawiała jej przyjemność. Wszyscy inni nazywali tę półkę Babciną Półką.
To była bardzo niewielka półka, książki zostały wetknięte między dzban z laseczkami cynamonu a porcelanową pasterkę, którą Akwila wygrała na jarmarku, kiedy miała sześć lat.
Znajdowało się tam zaledwie pięć tomików, jeśli nie liczyć wielkiego dziennika gospodarskiego, którego zdaniem Akwili nie można było uznać za prawdziwą książkę, ponieważ pisało się ją samemu. Był tam słownik. Był kalendarz, który trzeba było co roku wymieniać. A obok stały „Choroby owiec”, z mnóstwem uwag dopisanych przez babcię.
Babcia Dokuczliwa była ekspertem od owiec, chociaż nazywała je „torbami na kości, oczy i zęby szukające coraz to nowego sposobu, żeby wyciągnąć kopyta”. Inni pasterze potrafili wędrować całe mile, aby namówić ją do przyjechania, obejrzenia i wyleczenia ich zwierzęcia. Powiadali, że miała Dotyk, chociaż ona zawsze powtarzała, że najlepszym lekarstwem dla owcy czy człowieka jest wystarczająca porcja terpentyny, dobre przekleństwo i kopniak. Z książki sterczały kawałki papieru z własnymi przepisami babci na rozmaite owcze dolegliwości. W przygotowaniu większości z nich zasadniczą rolę odgrywała terpentyna, ale przekleństwa też się zdarzały.
Obok księgi o owcach stała cienka broszura zatytułowana „Kwiaty Kredy”. Murawa wzgórz pełna była maleńkich misternych kwiatków, takich jak krowipoślizg czy dzwoneczki zająca, a nawet jeszcze mniejszych, które nie wiadomo jakim cudem umknęły owcom. Na Kredzie kwiaty musiały być twarde i chytre, jeśli chciały uniknąć zjedzenia i przeżyć zimowe burze.
Ktoś dawno temu pokolorował kwiaty w książce. Na skrzydełku starannym ręcznym pismem napisano „Sara Mazgaj”, bo tak nazywała się babcia, zanim wyszła za mąż.
Prawdopodobnie uważała, że Dokuczliwa brzmi lepiej niż Mazgaj.
