
Stworzenie przez chwilę wisiało przyczepione do patelni, podczas gdy kilka zębów i kawałki zielonych wodorostów wleciało do wody, a następnie opadło i zanurzyło się, wypuszczając mnóstwo bąbelków. Woda się oczyściła i znowu stała się tą samą starą rzeką, płytką, lodowato zimną, o kamienistym dnie.
— Ja chcę, ja chcę cukierki! — wrzeszczał Bywart, który, gdy tylko w zasięgu wzroku pojawiały się słodycze, nie widział już nic innego.
Akwila odwiązała sznurek i podała torbę bratu. Zjadł łakocie, tak jak zawsze, o wiele za szybko. Poczekała chwilę, by równie szybko je zwrócił, a następnie pogrążona w myślach ruszyła z nim z powrotem do domu.
Między trzcinami, najgłębiej jak to możliwe, coś cichutko wyszeptało:
— Na litość, widziałeś to?
— Tak. Lepiej idźmy powiedzieć, że znaleźliśmy wiedźmę.
* * *
Panna Tyk biegła drogą, aż się kurzyło. Czarownice nie lubią, gdy ktoś je przyłapie na bieganiu. To wygląda nieprofesjonalnie. Uważają też, że nie powinno się ich widzieć, kiedy coś niosą, a ona targała na plecach swój namiot. Wydzielała też kłęby pary. Czarownice schną od środka.
— To miało zęby! — odezwał się tajemniczy głosik, tym razem z jej kapelusza.
— Wiem! — syknęła panna Tyk.
— A ona tylko zamachnęła się i walnęła!
— Tak. Wiem.
— Ot tak po prostu!
— Owszem, niezwykłe — odparła panna Tyk nieco zdyszana.
Zaczynali się już wspinać na wzgórze, a jej wyżyny nie służyły. Podróżująca czarownica lubi czuć pod nogami stały grunt, a nie skałę tak miękką, że możesz ciąć ją nożem.
— Niezwykłe? — powtórzył głos. — Użyła brata jako przynęty!
— Zadziwiające, prawda? Co za refleks… o nie! — Przystanęła w biegu, opierając się o mur okalający pole, bo zakręciło jej się w głowie.
— Co się dzieje? Co się dzieje? — dopytywał się głos z kapelusza. — O mało nie wypadłem.
